Szukaj
WYDAWCA   502 280 212
DZIAŁ SPORTOWY   661 079 022
ostatnia aktualizacja: 12:27:02 12-07-2011

John Porter Back in Lublin

“I’m back in Lublin” - obwieścił ze sceny John Porter rozpoczynając swój wczorajszy koncert. Ten ponad 60. letni walijczyk dokonał czegoś, o czym nie śniło się największym naukowcom: złamał prawa fizyki sprawiając, że bardzo kameralna zwykle sala Teatru im. Andersena w Lublinie zmieściła niewiarygodną jak na swoje możliwości ilość widzów.

John Porter wrócił do Lublina po kilkunastu latach. Wrócił z nowym materiałem, zupełnie odmiennym od tego, co zapewniło mu masową rozpoznawalność, czyli wspólnymi płytami z Anitą Lipnicką, która zresztą jest jego partnerką życiową. Płyta “Back in Town” wydana w marcu tego roku została entuzjastycznie przyjęta przez krytykę. “Zaginiony brat PJ Harvey” - taką opinię można często usłyszeć. Nowa płyta niesie ze sobą surowe, klasyczne rockowe brzmienia, które doskonale sprawdzą się w zadymionych podrzędnych pubach, ale zupełnie nie pasują do plenerowych występów.
 
John Porter rozpoczął swój lubelski koncert numerem tytułowym nowego albumu, czyli właśnie “Back in Town”, który w zasadzie określił klimat całego występu. Pierwsza połowa, to przede wszystkim dość melancholijne, “pełne dymu” i swoistego “smutku” brzmienia, oparte na “brudnej” bluesowej stylistyce. W dźwiękach gitary i charakterystycznym wokalu można się było śmiało doszukiwać inspiracji ostatnimi nagraniami Johny’ego Cash’a, ale także Toma Waits’a i - o dziwo - solowymi dokonaniami... Bruce’a Springsteena!

Kiedy zabrzmiał utwór “Leather skirt”, atmosfera diametralnie się zmieniła. Porter zdecydowanie nie zapomniał o swoich korzeniach. Energetyczne rockowe granie przypomniało publiczności o tym, od czego wszystko się zaczęło. “Helikoptery latały pod sufitem teatru”. Młodsza część widzów mogła się zastanawiać nad tym, dokonaniami których reprezentantów tzw. “brytyjskiego brzmienia” Porter się inspirował, ale nie wolno zapominać, że to przecież właśnie “dziadek John” brał udział w “undergroundowej” rockowej rewolucji. A raczej ją współtworzył...

Pozornie flegmatyczny i spokojny artysta sypał żartami jak z rękawa, co chwilę przyprawiając zgromadzonych widzów o salwy śmiechu. Jest to godne podkreślenia tym bardziej, że przecież bardzo niedawno John Porter przeżył olbrzymią stratę, bowiem zmarł Maciej Zembaty - jego wieloletni współpracownik i przyjaciel. Jak przyznał  w zakulisowej rozmowie Janek Taraszkiewicz - spiritus movens festiwalu “Inne Brzmienia” - artysta bliski był nawet odwołania wczorajszego koncertu. Na szczęście tak się jednak nie stało i ci, którym udało się zdobyć zaproszenia do Teatru im. Andersena, mogli spędzić wieczór słuchając Portera w najlepszej od lat formie.

Ladies and gentlemen, John Porter is “Back in Town”!

adam czajczyk
Inne Brzmienia 2011: John Porter. inne brzmienia 2011, john porter, koncert, muzyka

Posiadasz konto użytkownika na ITVL.pl - komentuj tutaj.

Komentarze   (0)

brak komentarzy
 

Posiadasz profil na Facebooku - komentuj tutaj.

fb